czwartek, 16 stycznia 2014

Wonderland

 Trzask gałęzi wystarczy, by całkowicie zrujnować czujność Vic. Dopiero się uczy, ale i tak tupie nogą ze złości i odrzuca swój łuk. Myśląc, że przerywa jej młodszy brat, który jest najgorszym chłopakiem jakiego zna, odwraca się gniewnie i już zamierza wykrzyknąć mu pretensje prosto w twarz, gdy zamiera jej serce, widząc zamiast znajomej brązowej, ubrudzonej koszuli, metalową i błyszczącą zbroję.
- Pan wzywa pilnie Toma Woodmakera. 
 Vic przełknęła ślinę. Osobnik, który jej przeszkodził, to nie byle kto. Jest Oddanym Sługą. Oni służą tylko Panowi. Pamiętając, co tata jej powiedział o nich, uprzejmie odpowiada że taty nie ma, a ona tylko uczy się w lesie daleko od granicy.
- Odejdź stąd. Tu jest niebezpiecznie...Oraz koniecznie poinformuj ojca. - odpowiedział. - Udanych łowów.
- Udanych łowów...
 Mrugnął do niej i zniknął tak szybko, jak się pojawił. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce. Vic próbowała go wypatrzyć pośród gęstwiny przeróżnych drzew, ale po chwili dała sobie spokój i skierowała się w kierunku domu. Zbudowany był na skraju lasu, ze względu na to, czym zajmował się jej ojciec. Obrabiał drewno. Nie znała jeszcze wtedy określenia na takiego człowieka, ale wiedziała, że tata jest na prawdę dobry. Dom był sklepiony byle jak, ale to tylko kamuflaż. Tak na prawdę miał świetną konstrukcję, chroniącą przed wszystkimi żywiołami, mimo iż był mały. 
  Żyją w trudnych czasach. Walczą o każde jedzenie, polują, zbierają. Skąd mają wziąć materiały ? Wszystko, zamówienia, to, co tata wykona w wolnym czasie, idzie do Pana. Twierdzi, że to drobna zapłata za wszystko, co uczyniono dla jej kraju, dla Kamardii. Niezbyt się z tym zgadza, jeśli żyją w biedzie. Ale nie ma zbyt wiele do powiedzenia, jako dziecko. Nawet dorośli nie mogą nic zrobić. 
 Rozumiała to wszystko, bo to przeżywała. Chciała się nauczyć jak najwięcej, by kiedyś zastąpić tatę. Matka nie miała nic przeciwko, w żadnym razie. Nauczyła już dawno temu Vic rozpoznawać jadalne rośliny, zbierać lecznicze i omijać trujące. Była miejscową zielarką, co było prawie jak bóstwo w tym miejscu.
Ojciec uczył, a właściwie opowiadał jej o dawnych czasach., odkąd była na tyle duża, by zrozumieć jego słowa. Niezbyt podobała jej się ta część, o podbiciu dawnych krajów, a przynajmniej tego, na którym teraz znajduje się Kamardia. Dawny ląd nazywał się Lyria. Ładna nazwa, więc ją zapamiętała. Podobno była to bogata kraina, pełna jezior, sadów i zwierzyny. Ludzie byli dosyć mili dla siebie, unikano wszelakich sporów. A jednak zniszczył ją bunt. Zaczęły powstawać nowe rasy. Roślin, zwierząt, ludzi...Ówczesnemu Panu bardzo się to nie spodobało. Powstało prawo o zabijaniu wszystkiego, co wtedy się wytworzyło. Ludzie byli tym przerażeni, ale nie mogli nic zrobić. Tak jak my teraz. Lecz zawsze znajdą się ludzie, o odmiennych przekonaniach. Połączyli się w sojuszu i zaatakowali Pana, oraz Bogatych. Ten bunt najpierw doprowadził do wojny wewnętrznej, a później powoli do zewnętrznej. O mało co nie zniszczyli całego otaczającego ich świata. Jednak to, co zostało, było bardzo podobne. Ocalali postanowili więcej nie walczyć. Było wśród nich najwięcej Bogatych, przez co dali radę odbudować część kraju. Jednak to nie była stara Lyria. Po 15 latach powstała Kamardia, rządzona przez nowego Pana. Biedniejszą ludność podzielono na krainy. Moją, jedną z najstarszych które przeżyły, osadzono w rozległych lasach. Były sporo oddalone od stolicy, a jednak w jakiś sposób transport był szybki i prosty. Czasami dostawali jakieś podarunki od Pana, ale w większości sami musieli na nie zapracować, albo je zdobyć. 
 Jej tata wszystko to wiedział od swojego taty, jej dziadka, który przeżył to wszystko jako mały chłopiec. Od tamtego czasu wszystko udoskonalono. Także pod tym względem, że żyli w jeszcze większej biedzie, na korzyść tych ze stolicy. 
 Podobno są jakieś kraje graniczące z Kamardią, ale nie ma ochoty już o tym myśleć. Zbliża się do domu, sprawdza czy jej krowa jest w zagrodzie, i wchodzi do domu. Matka sporządza jedno ze swoich lekarstw, przez co w powietrzu unosi się przyjemny zapach ziół. Jej młodszy brat przez którego popełniła dużą pomyłkę, najspokojniej na świecie bawi się swoim misiem. Lekko zdenerwowana pyta matkę, gdzie ojciec. Gdy odpowiada że w swojej pracowni, Vic wychodzi z domu i udaje się na jego tyły. Na chwilę grzęźnie w wielkiej kałuży błota, ale zaraz się wydostaje. Zbliżając się do szopy, domniemanej pracowni, słyszy głuche odgłosy uderzania w coś z całą siłą. Ostrożnie otwiera drzwi, choć i tak wie, że ojciec jej nie usłyszy. Stoi przy swoim stole, ale od razu ją dostrzega. Nie ma pojęcia, jak on to robi.
- Hej, Vic. Czemu przerwałaś łowy ? - zapytał.
- Ktoś mi przeszkodził.
- A powiesz mi, kto ? - uśmiechnął się.
- Oddany Sługa.
- Jak to ? - nagle przestał.
- Właśnie miałam upolować ogromnego królika, gdy mi przeszkodził. Oznajmił krótko, że Pan cię wzywa, po czym odszedł.
- Musiał być młody...Praktycznie nowy.
- Czemu ?
- Doświadczeni tak nie robią. Ale w takim razie...Czemu go wysłali ?
- Tato...To proste. Jeśli jest nowy, chcą go wyszkolić. A tutaj nie jest niebezpiecznie dla niego, choć mi tak powiedział.
- Przepraszam, nie pomyślałem...
- Nic nie szkodzi. - przerywa mu. - Teraz musisz spotkać się z Panem. Jeju, jakie to...
- Vic, przestań. I na razie nie mów nic mamie. Będę też musiał zapytać się o tego Sługę.
- Nie, tato ! On mi nic nie zrobił. On tylko przekazał informację. - zdziwiła się, że go broni.
- No dobrze. - wytarł brudne ręce o jeszcze gorszą szmatkę i wyszedł z pracowni.
 Sługa na prawdę nic nie zrobił. Był strasznie miły. I pożegnał się w ich języku. W żadnych innych krainach nie poluje się na lądzie. Ale nie ma czasu nad tym myśleć. Boi się, że Pan może coś zrobić jej ojcu. Zabiera łuk i czym prędzej go dogania.

2 komentarze:

  1. Ciekawe, podoba mi się :) Czekam na kolejny *.*

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne, czekam na next *_* zapraszam do mnie --> http://tlumaczenie-good-girls-gone-bad.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń